facebook

Social Icons

twitterfacebookgoogle plusrss feedemail
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryzys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryzys. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 czerwca 2016

Poszukiwany autor Brexitowego biznes planu!

Gdy kilka tygodni temu pisałem na swoim blogu Komentatorski o możliwości wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej nie wiedziałem jaki będzie wynik referendum, ale wiedziałem, że Brexit jest możliwy. I stało się. Brexit stał się faktem.


Next step: Brexit 2.0?
Co będzie dalej? To pytanie interesuje bardzo wielu ludzi na całym świecie? Ci, co powinni dać na nie odpowiedź milczą, albo udają, że ich to nie dotyczy. Borys Johnson tzw. twarz brexitowców schował się gdzieś i zapewne myśli o tym co zrobił? Zwycięzcy nie wychodzą na ulice i nie krzyczą. 

Najbardziej zastanawiające jest to, że Anglicy wydają się zaskoczeni całym tym zamieszaniem. W mediach brytyjskich rozpoczęła się zastępcza dyskusja, z której wynika, że wiele osób głosujących za Brexitem nie miało pojęcia za czym głosuje. Co za bzdury!!! Nie wiedzieli czym jest Unia Europejska do której należeli od ponad 40 lat? 70 procent społeczeństwa brytyjskiego poszło do referendum, aby zrobić sobie na złość? Te brednie kupy się nie trzymają.

Można opowiadać bzdury, że Anglia i Walia zagłosowała za, a nawet przeciw, bo tak naprawdę głosowali przeciw Cameronowi?  Cameron? Przejdzie do historii Zjednoczonego Królestwa jako Cameron Brexit. 

Co będzie dalej? Kto pisze biznes plan dla Wielkiej Brytanii po wyjściu z UE? Czy w ogóle ktoś się za to zabrał? Czy politycy są w stanie cokolwiek napisać, co będzie miało sens? 

W interesie Anglików jest powtórzenie referendum. Cameron nie rozpocznie procedury wycofywania Wielkiej Brytanii z UE, bo zapowiedział złożenie teki premiera. Z drugiej strony Niemcy i Francja chętnie pozbędą się Anglików z UE i będą naciskali na złożenie formalnego wniosku o wystąpieniu z UE.

Moja prognoza jest następująca ... Dojdzie do przedterminowych wyborów i wśród kandydatów do teki premiera będą tacy kandydaci, którzy zapowiedzą, że ich wybór oznacza ponowne referendum w sprawie Brexitu.

Wielka Brytania nie złożyła formalnego wniosku o wystąpienie z UE, ale:
  • S&P obniżył rating aż o dwa stopnie z najwyższego AAA do AA
  • z rynku brytyjskiego "wyparowało" 3 biliony USD
  • Londyńskie City trzeszczy w posadach
  • Szkocja otwarcie mówi o secesji 
  • rząd brytyjski zapowiedział podwyższenie podatków i obniżenie wydatków socjalnych po wyjściu z UE
To wszystko wydarzyło się w ciągu kilku dni po referendum. Kto napisał Brexitowy biznes plan? Żaba? Kto napisze biznes plan dla Wielkiej Brytanii po wyjściu z UE? Też Żaba?

sobota, 9 kwietnia 2016

Prekariat. Siła która wybuchnie

Prekariat. Siła która wybuchnie
Współczesny świat nauczył się nazywać rzeczy w sposób pokrętny i zawoalowany. Świat półprawd i bliżej nie określonych intencji wprowadza miliony pracowników w mroczny tunel elastycznych form zatrudnienia. Pod tą nowomową "elastyczne formy zatrudnienia" kryje się brutalna prawda. To nic innego, jak umowy tymczasowe i wynikająca z nich niepewność zatrudnienia.

Od pewnego czasu, przy wydatnej propagandzie płynącej ze świata mediów, polityki i nauki, można zaobserwować tendencje gloryfikujące elastyczne formy zatrudnienia... " ... każdy z was może szybko zmienić pracę, przeprowadzić się w inne atrakcyjne miejsce. Nie ma potrzeby kupować mieszkań. Wystarczy wynajem. Po co ci umowa o pracę. To wiąże, a tak jesteś wolny ..."

Najbardziej perfidne w gloryfikacji elastycznych form zatrudnienia jest to, że ci, którzy to robią korzystają na tym lub sami nie praktykują takich form. Zatrudnieni są na sowicie opłacanych etatach, zwykle z kasy państwowej. Nie ma się czemu dziwić. Wszak dobrymi radami jest piekło wybrukowane.

Przez dziesiątki lat ludzie wywalczyli sobie prawa pracownicze. Umowa o pracę, kodeks pracy, ubezpieczenia społeczne, emerytura były zabezpieczeniem na przyszłość. To było gwarantem pewnego poziomu życia, który daje stała praca. Odchodzenie od tego sprawia, że życie staje się egzystowaniem z dnia na dzień. Żadnej pewności. Żadnej gwarancji. Życie w granicach wyznaczonych przez niepewność i ryzyko.

Taka sytuacja stworzyła społeczeństwo prekariuszy. Ludzi niepewnych jutra, pracujących na umowach tymczasowych i w niepełnym wymiarze czasu. Społeczeństwo poszukiwaczy miejsca w globalnej gospodarce, którzy błąkają się bez perspektyw na lepsze jutro.

Polski prekariat nie jest wizją przyszłości, a dzieje się na naszych oczach tu i teraz. Olbrzymia część pracowników przemysłu, handlu, mikroprzedsiębiorców i tzw wolnych zawodów to prekariusze. Tzw outsourcing to nic innego, jak narzędzie do produkowania prekariautu.

Taka sytuacja jest korzystna dla coraz węższej grupy ludzi bogatych, którzy w pogodni za nic nie znaczącym dla nich bogactwem doprowadzą w końcu do globalnego kryzysu gospodarczego i społecznego. 

Prekariat wcześniej, czy później przekształci się w proletariat. Historia zatoczy koło.

wtorek, 19 marca 2013

Cypryjski podatek.

Teraz już przynajmniej wiemy, że w biznesie wszystko chwyty dozwolone. Państwo, które stoi na straży porządku to nie jest już taki pewnik, jak było dotąd. Państwo może wszystko podciągnąć pod sytuacje nadzwyczajne i nałożyć na obywateli dowolną kontrybucję. Rozumiem, że gdyby była wojna, to wszyscy muszą bronić niepodległości i państwo ma prawo podejmować nadzwyczajne działania. Na Cyprze nie ma wojny i na takową się nie zanosi. Cypr został doprowadzony do bankructwa przez te same władze, które dzisiaj nakładają na obywateli kontrybucję. Może nie są to ci sami ludzie, ale przecież jest ciągłość władzy.

Cypr wprowadzając 10% CIT wiedział, że przyciągnie do siebie pieniądze z różnych źródeł. Do krachu finansowego na Cyprze doprowadziły przecież banki, które inwestując głównie w Grecji, popełniły fatalny błąd. I za ten błąd mają płacić obywatele? Niektórzy ekonomiści zwracają uwagę, że opodatkowanie oszczędności może zachwiać zaufaniem do europejskiego systemu bankowego. Kto dzisiaj ma zaufanie do tego systemu? Raczej obywatele nie mają wyjścia, bo gdzie pójdą ze swoimi oszczędnościami. Rządzący skutecznie wyrugowali z rynku wszelkie alternatywy dla oszczędzających. Kontrybucja nałożona na oszczędzających to nie jest ratowanie Cypru. To sposób na ratowanie systemu bankowego i miliardowych oszczędności oligarchów. 

Polskie przedsiębiorstwa, których na Cyprze zarejestrowanych jest około 5 tysięcy zainwestowały tam 400 mln euro. To jest nic w stosunku do całości zagrożonych depozytów!

Jaki przekaz dla społeczeństw płynie z pomysłu unijno-cypryjskiego? 
Nie warto pracować? 
Nie warto oszczędzać?

poniedziałek, 14 stycznia 2013

W 2012 roku zrejestrowano w Polsce o 26% więcej firm, niż rok wcześniej.

Zwykle w latach kryzysowych firm ubywa na rynku, a w Polsce jest na odwrót. Wszyscy ekonomiści opowiadają tylko o kryzysie i prześcigają się w snuciu coraz to bardziej katastroficznych scenariuszy dla Polski. Firmy powinny więc upadać, zawieszać i likwidować działalność ... a jest inaczej.

Zgodnie z tym, co można wyczytać z rejestrów KRS, to w 2012 roku zarejestrowano w Polsce 31.000  podmiotów gospodarczych, w tym 29.300 to nowe przedsiębiorstwa. Wzrost ilości nowych przedsiębiorstw w 2012 roku w stosunku do poprzedniego roku kształtuje się na poziomie aż 26%. W 2012 roku zbankrutowało 35 razy mniej firm, niż rok wcześniej. Te dane podał kilka dni temu "Puls Biznesu".

To jak w końcu jest z tym kryzysem w Polsce? Czy ktoś w Polsce zna się na gospodarce, bo wszystkie telewizyjno-radiowo-blogowe autorytety ekonomiczne ciągle mówią o kryzysie i wieszczą, ze 2013 rok będzie najgorszym rokiem dla polskiej gospodarki od 2008 roku.

Zapewne jakiś autorytet ekonomiczno-socjologiczny wyjaśni nam ten wkrótce ten fenomen. Wydaje mi się jednak, że Polacy przestali słuchać i kierować się wskazówkami autorytetów telewizyjnych, a wzięli sprawy w swoje ręce. I bardzo dobrze. Należy się z takiego stanu rzeczy bardzo cieszyć ... ale te nowe firmy, to zapewne w większości tzw. jednoosobowa działalność gospodarcza,  bo jednoosobowymi firmami Polska stoi. Jednak w pojedynkę, to potęgi gospodarczej z Polski nie zrobimy. Przede wszystkim potrzebne nam są firmy innowacyjne, a takich u nas niewiele. 

Więc już nie wiem, czy cieszyć się bardzo, czy tylko trochę?

sobota, 8 grudnia 2012

Zbyt duża konkurencja zwykle kończy się kryzysem.

nie ma alternatywy dla wolnej konkurencji!
Kilka dni temu w Ministerstwie Finansów prezentowany był najnowszy raport Banku Światowego „Global Financial Development Report. Rethinking the Role of the State in Finance", który poświęcony jest roli państwa, jako regulatora rynku finansowego. 

W części raportu poświęconej polityce konkurencyjności znalazło się takie oto stwierdzenie:
"zbyt duża konkurencja była podstawowym powodem kryzysu. W efekcie rosnącej konkurencji banki proponowały pożyczki nawet tym klientom, którzy nie mieli wystarczającego zabezpieczenia oraz zdolności kredytowej"
Trudno z tym twierdzeniem się nie zgodzić. Niestety, ale można je rozciągnąć na inne gałęzie gospodarki. Nadmierna konkurencja potrafi zniszczyć najbardziej prężne przedsiębiorstwo. Przecież olbrzymie kłopoty, w tym liczne bankructwa wielu przedsiębiorstw budowlanych w Polsce są w głównej mierze wynikiem nadmiernej konkurencji. GDDKiA wyłaniając w przetargach firmy na budowę dróg w Polsce kierowała się praktycznie jednym kryterium, czyli ceną. Ten kto oferował najniższą cenę wygrywał. Mniejsza o to, czy inwestor posiadał wiedzę, że za taką cenę nie ma możliwości wybudowania danej drogi. Istotne, że firmy o tym wiedziały, a mimo to starały się za wszelką cenę otrzymać kontrakt. Na co liczyły? Wiadomo. Na renegocjację kontraktów. Dlaczego ryzykowały? Bo chciały przetrwać na rynku, a alternatywy w postaci innych ofert nie było.

Konkurencja to podstawa gospodarki wolnorynkowej. Jednak coraz częściej mamy do czynienia z przypadkami, że wynikiem wolej konkurencji są same szkody. Trzymając się przykładu z budową dróg w Polsce można stwierdzić, że na takiej konkurencji wszyscy stracili. Firmy zbankrutowały lub popadły w tarapaty finansowe, a inwestor państwowy nie zrealizował w terminie i za założoną cenę inwestycji drogowych. W tym konkretnym przypadku państwo mogło zapobiec tym wszystkim problemom, gdyby w Polsce obowiązywały inne regulacje odnośnie sposobu wyłaniania wykonawcy kontraktu. Nie zwalnia to wszakże od odpowiedzialności zarządów tych firm, które ryzykowały i przelicytowały.

Z dużą konkurencja mamy do czynienia praktycznie wszędzie. Niestety, gdy konkurencja jest zbyt duża, to problemy mają wszyscy uczestnicy walki konkurencyjnej. Gdyby tylko problemy miały firmy, to zapewne dla klientów tych firm byłaby to bardzo dobra wiadomość. Niestety, jak pokazał przykład banków, może to prowadzić do zachwiania całego rynku. Kryzys gospodarczy już nie wybiera. Obrywają wszyscy.

Czy istnieje alternatywa dla wolnej konkurencji? Nie. Niektórzy zapewne myślą inaczej. To, o czym myślą nie jest żadną alternatywą i niech, jak najszybciej o tym zapomną.

piątek, 7 grudnia 2012

Czy czeka nas przesiadka z własnego samochodu do komunikacji masowej?

stoję i stoję ... jak to długo będzie trwało?
Kilka miesięcy temu wysiadł w moim samochodzie akumulator i byłem zmuszony do skorzystania z komunikacji miejskiej. Praktycznie przez lata zapomniałem, że coś takiego istnieje w Stolicy. Migały mi, co prawda non stop na ulicach jakieś czerwono-żółte pojazdy, ale nie zwracałem na nie większej uwagi.

Wydawało mi się, że skorzystam z usług ZTM kilka razy i wszystko wróci do normy, czyli do przemieszczania się po Warszawie własnym samochodem. I tutaj się pomyliłem. Okazało się, że korzystając z komunikacji miejskiej nie traciłem dużo więcej czasu, niż gdy jeździłem własnym samochodem. Poza tym nie jest tłoczno, w miarę wygodnie, a ilość dostępnych połączeń jest optymalna, patrząc z punktu widzenia moich potrzeb. I tak już pozostało, aż do teraz. Gdy korzystamy z komunikacji miejskiej odpada również zmora szukania wolnych miejsc na parkingach płatnych oraz załatwianie spraw na czas. Tak na czas, bo kupujemy bilety parkingowe na określony czas i gdy zapomnimy o tym, to umundurowani lub tajni strażnicy miejscy "zaopiekują się" naszym samochodem. Ich opieka zwykle kosztuje 100 zł i stracony czas.

Obecnie ograniczyłem jazdę swoim samochodem po Warszawie do połowy przebiegu, w porównaniu z czasami, gdy korzystałem wyłącznie z własnego samochodu. Ta zamiana to również pewne, acz niewielkie, oszczędności.

Okazuje się, że nie jestem wyjątkiem i takich jak ja musi być jednak sporo w Polsce. Jak podał "Dziennik Gazeta Prawna" popyt na paliwa w Polsce gwałtownie się kurczy. Zużycie diesla po trzech kwartałach 2012 roku zmniejszyło się o 8 %, zaś benzyny o 4 %. To najwyższe spadki w historii tych notowań w Polsce. Czy jest to spowodowane przesiadaniem się kierowców z własnego samochodu do komunikacji miejskiej, czy też są to normalne symptomy spadku koniunktury gospodarczej w Polsce?

Na spadki cen paliw nie możemy liczyć, więc będziemy coraz częściej korzystali z komunikacji masowej. Przesiadka do komunikacji miejskiej nie jest spowodowana tylko cenami paliw. To tylko jeden z czynników.

Czy można więc prognozować dalszy spadek sprzedaży paliw? Jeżeli tak nastąpi, to pociągnie za sobą mniejszy popyt na samochody i usługi motoryzacyjne, zmniejszy się ruch na płatnych drogach. Również MF i samorządy nie będą wykonywać swoich planów "foto-radarowych", a bilety parkingowe będą się coraz słabiej rozchodzić. Nie bez znaczenie jest fakt, że 2 miliony, głównie młodych Polaków "zwiało" z Ojczyzny i tu już nigdy nie wróci ... chyba, że na starość. Niestety, ale to młode pokolenia ma ostry apetyt konsumpcyjny. Z wiekiem potrzeby konsumpcyjne spadają.

Czy biznes plan "Przesiadka z własnego samochodu do komunikacji masowej" sprawdzi się?

poniedziałek, 5 listopada 2012

Keep Calm and Carry On - Zachowaj spokój i rób swoje

Keep Calm and Carry On
Source: google.com via Hannah on Pinterest

Gdy wybuchła II Wojna Światowa i cały świat zaczął pogrążać się w otchłań wojny, wtedy rząd brytyjski podjął szereg działań propagandowych, których celem była zjednoczenie i podniesienie morale społeczeństwa brytyjskiego. W ramach tych działań wydrukowano szereg plakatów, wśród których był plakat z prostym hasłem "Keep Calm and Carry On".

Wydrukowano go w ilości 2 milionów sztuk, ale nigdy nie został przekazany do dystrybucji. Plakat byt przygotowany do rozwieszenia na wypadek inwazji Niemiec na Wielką Brytanię do której na szczęście nigdy nie doszło.

Hasło zostało niejako odkryte na nowo w 2000 roku za sprawą księgarza z północno-wschodniej Anglii, który znalazł egzemplarz plakatu w swojej księgarni w jakimś zakurzonym pudle.

Od tego ponownego odkrycia hasło Keep Calm and Carry On zrobiło oszałamiającą karierę w Wielkiej Brytanii, ale również w angielskojęzycznym obszarze.

Hasło zostało zaadaptowane dla celach komercyjnych i to z olbrzymim sukcesem. Obecnie hasło jest tak popularne, że sprzedawanych jest bardzo dużo produktów z tym sloganem.  Popularność hasła związana jest z olbrzymią uniwersalnością sloganu w wielu kontekstach znaczeniowych.

Keep Calm and Carry On

W 2009 roku plakat z Keep Calm and Carry On miał swoje największe odrodzenie w związku kryzysem ekonomicznym w Anglii. Największe angielskie dzienniki opublikowały obszerne artykuły związane z tym hasłem i jego znaczeniem dla ludzi, którzy popadli w ekonomiczne kłopoty.

W listopadzie 2009 roku znany rockowy zespół Stereophonics wydał album  Keep Calm and Carry On.

W maju 2010 roku francuski portal Geekiz opublikował kompilację 85 różnych wariantów plakatu.

Powstałą nawet strona KeepCalmAndCarryOn.com, na której można kupić różne gadżety związane z tym hasłem

Slogan jest niezwykle popularny w krajach angielskojęzycznych. Jego przesłanie jest jednak uniwersalne. Zachowaj spokój i rób swoje, a osiągniesz swoje cele, w tym biznesowe. Więc Keep Calm and Carry On.


niedziela, 4 listopada 2012

Czy powstaną Stany Zjednoczone Europy?

Stany Zjednoczone Europy
wracamy do przeszłości czy ...
Unia Europejska to związek suwerennych państw, ale czy tak będzie nadal? Czy nie czeka nas stopniowe przekształcanie Unii Europejskiej w państwo federacyjne na wzór Stanów Zjednoczonych Ameryki? Może jednak zwycięży koncepcję Europy ojczyzn, która zakłada rozwój związków gospodarczych, przy zachowaniu odrębności politycznej państw członkowskich Unii. Jest jeszcze trzecia droga, czyli powrót do przeszłości?

Obecne zawirowania w euro-zonie postawiły na nowo sprawę wzajemnych związków państw członkowskich Unii Europejskiej. Znaczna część analityków i polityków uważa, że obecne kłopoty, które wywołały państwa z tzw. grupy PIIGS, są wynikiem zatrzymania procesu integracyjnego na etapie wspólnej waluty i pozostawienia polityki fiskalnej w gestii każdego państwa. Panaceum na wyjście z tej sytuacji ma być wspólne państwo.
Stany Zjednoczone Europy
... idziemy ku przyszłości

Pierwsze kroki zostały już uczynione. W czerwcu 2012 roku Grupa Przyszłości, której inicjatorem jest niemiecki MSZ Guido Westerwelle, poinformowała, że rozpoczęła przygotowania Planu transformacji dla państwa europejskiego. Inicjatywę MSZ Niemiec poparli ministrowie spraw zagranicznych Austrii, Belgii, Danii, Hiszpanii, Holandii, Luksemburga, Polski, Portugalii i Włoch.

Grupa Przyszłości proponuje:
  • przekazanie części prerogatyw prezydentów oraz premierów z państw członkowskich UE przewodniczącemu Komisji, który byłby wybierany w wyborach powszechnych. Rząd Europejski byłby tworzony przez przewodniczącego Komisji, który miałby pełną swobodę w doborze członków rządu.
  •  likwidację Rady Europejskiej i Rady Unii Europejskiej i powołanie na ich miejsce drugiej izby  Parlamentu Europejskiego. 
  • przekazane do państwa federacyjnego zarządzanie m.in: granicami, obronnością, budżetem.
Obecnie rozważany jest  plan utworzenia centralnego budżetu państw euro-zony w wysokości 20 mld euro. Pomysł cieszy się poparciem Niemiec i Francji. To co prawda mały krok, ale pokazuje kierunek myślenia najważniejszych polityków w UE.

Czy koncepcja wspólnego państwa ma szansę na realizację? Wydaje się, że ta idea dla większości obywateli UE jest obecnie nie do przyjęcia. Czujemy się przede wszystkim Polakami, Czechami, Anglikami, Niemcami itd. Znikomy procent ludności naszego kontynentu uważa się przede wszystkim za Europejczyków. Czy w ogóle będzie możliwy taki proces zmiany świadomości, biorąc pod uwagę skomplikowaną historię Europy, aby Polak w pierwszej kolejności czuł się Europejczykiem, a w dalszej Polakiem? Stany Zjednoczone pokazały, że jest to możliwe, ale społeczeństwo amerykańskie tworzą w większości emigranci.

Może to jednak nie będzie miało aż tak wielkiego znaczenia? Jeżeli nie powstanie państwo europejskie, to w bliżej lub dalszej przyszłości czeka nas powrót do przeszłości czyli rozpad UE. Znowu powstaną granice, a każdy będzie musiał sam troszczyć się o swój byt. Jaki może być koniec tego scenariusza? Wiadomo! To samo, co było "przerabiane" przez całe stulecia, czyli kłótnie i wojny. Jugosławia pokazała czym kończy się rozpad państwa wielonarodowego. Może to jednak zbyt pesymistyczny scenariusz?

Wprowadzenie euro było pierwszym etapem w kierunku federacji europejskiej. Obecnie już praktycznie dla wszystkich jest oczywiste, że Unia musi prowadzić wspólna politykę budżetową, dokonać unifikacji prawa gospodarczego oraz posiadać nadzorowany centralnie system bankowy. To są prerogatywy suwerennego państwa! Nie można wykluczyć, że Stany Zjednoczone Europy powstaną szybciej, niż to nam się wydaje ... może tylko, to nowe państwo nie będzie miało nazwy i pozostaniemy Unią Europejską.

piątek, 2 listopada 2012

W Polsce nie ma kryzysu. Jest osłabienie koniunktury

Kryzys w Polsce?
Kryzys? Jaki Kryzys!
Słowo kryzys robi oszałamiająca furorę w prasie, telewizji, Internecie. Gdziekolwiek nie zajrzeć, zewsząd atakuje nas kryzys. Wielu z nas to denerwuje i irytuje. Jaki cel przyświeca tym publicystom i ekonomistom, którym (prawie) wszystko kojarzy się z kryzysem?

Oto jedno ze stwierdzeń, które znalazłem spośród wielu podobnych (wybór całkowicie przypadkowy):
"Rosnące ceny, widmo utraty pracy spowodowały, że Polacy kupują mniej i coraz bardziej zaciskają pasa"
Gdy nie było kryzysu to nad Polakami nie wisiało widmo utraty pracy? Upadała przecież cała gospodarka planowa i zlikwidowano większość państwowych firm. To dopiero można by podciągnąć pod kryzys, a odtrąbiono wielki sukces! Czy większość polskiego społeczeństwa nie żyje od 1989 roku zaciskając pasa i wydaje wszystko co zarobi ... a wielu zadłuża się po uszy.

I kolejne zdanie z tego samego artykułu:
"Kupujemy, np. mniejsze i bardziej ekonomiczne samochody, ograniczamy wyjazdy weekendowe z rodziną, a coraz więcej osób przesiada się z drogich w utrzymaniu aut do autobusów i kolei. Świadczy o tym szybko rosnąca liczba sprzedawanych biletów komunikacji miejskiej."
W okresie prosperity lat 90. większość z nas kupowała gruchoty sprowadzane, w większości z Niemiec i w wielu przypadkach był to nasz pierwszy samochód. Ale dzisiaj apetyty wzrosły i nie wystarczy nowy samochód. Musi być jeszcze duży, jak ciężarówka. Gdy ktoś kupuje mały i ekonomiczny samochód, to jest powód do wstydu? I to jest kryzys? ... Sprawa komunikacji miejskiej. To, że przesiadamy się do komunikacji miejskiej nie ma nic wspólnego z kryzysem. Sam coraz częściej poruszam się po Warszawie komunikacją miejską, a zostawiam samochód na parkingu i nie ma to nic wspólnego z kryzysem i oszczędzaniem. Może trochę więcej czasu muszę poświęcić na załatwianie spraw, ale nie mam problemów z parkowaniem, a koszty transportu są porównywalne.

Myślę, że Prezes NBP Marek Belka najtrafniej określił stan w jakiej znajduje się nasza gospodarka: "...W Polsce nie ma kryzysu. Jest osłabienie koniunktury..."

... zachowaj spokój i rób swoje

niedziela, 26 sierpnia 2012

Czy wyższe uczelnie przykładają się do wzrostu bezrobocia w Polsce?

Praktyka dla studenta = Praca dla absolwenta?
Z danych publikowanych przez Ministerstwo Pracy wynika, że na koniec czerwca 2012 roku w urzędach pracy zarejestrowanych było 1 964 tys bezrobotnych. Spośród tej blisko 2 milionowej armii bezrobotnych ponad 10 % to osoby legitymujące się wyższym wykształceniem, a 3% to absolwenci. Tak dużej liczby osób bezrobotnych, które legitymują się dyplomem wyższej uczelni jeszcze w Polsce nie było.

Ponad 200 tysięczna armia bezrobotnych magistrów i inżynierów to szokująca liczba. Najgorsze jednak jest to, że ta liczba wzrasta. Pytanie nasuwa się samo. Dlaczego ludzie, którzy dysponują wysokimi kwalifikacjami nie mogą znaleźć zatrudnienia?

Odpowiedź nasuwa się sama. Z powodu obowiązującego na masową skalę modelu kształcenia w Polsce, który w znacznej części działa w oderwaniu od rzeczywistych potrzeb rynku pracy. Można nawet postawić tezę, że pewna część uczelni wyższych działa jako przedsiębiorstwa nastawione na zysk i proponuje kierunki na których można najlepiej zarobić. Oczywiście najlepszy biznes to uczelnie, które nie muszą ponosić nakładów inwestycyjnych i olbrzymich kosztów związanych z koniecznością utrzymania laboratoriów i ośrodków badawczych. I stąd wysyp w Polsce specjalistów od marketingu, zarządzania, socjologów, historyków, politologów i europeistyki. Rynek od dawna przesycony jest tymi specjalistami, ale ich "produkcja" mało kosztuje, bo główny koszt po stronie szkoły to wynajem pomieszczeń i płaca dla wykładowców. Przykładowo w Kielcach w czasach PRL były tylko dwie wyższe uczelnie. Teraz jest kilkanaście, ale dokładnej liczby tych szkół nie udało mi się ustalić. Znaczna część wypuszcza tzw. licencjatów. Poziom tych studiów jest co najmniej dyskusyjny. Taka sytuacja powtarza się w każdym większym mieście w Polsce.

Osoby opuszczające mury wyższych uczelni posiadają w większości przypadków tylko wiedzę podręcznikową. Zdecydowana większość szkół wyższych nie ma możliwości, a może nawet chęci, aby zapewnić swoim studentom praktyki zawodowe. Wchodzą więc te osoby na rynek pracy bez minimalnej wiedzy praktycznej. Często to zderzenie jest szokujące, bo nabyta wiedza w wielu przypadkach jest mało przydatna. Nasze szkolnictwo wyższe niewiele zrobiło, aby zmienić ten stan rzeczy.

W rankingach wyższych uczelni nasze uniwersytety i politechniki znajdują się od lat na bardzo odległych pozycjach. W najnowszym Światowym Rankingu Uczelni Webometrics najlepsze polskie uczelnie uplasowały się na następujących pozycjach:
  • Uniwersytet Jagielloński (280)
  • Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie (298), 
  • Uniwersytet Warszawski (327. miejsce), 
  • Politechnika Warszawska (338. miejsce), 
  • Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (391)
To są najlepsze uczelnie! A w jakiej odległości od tej piątki znajdują się dziesiątki polskich uczelni, które powstały w okresie ostatnich 20 lat?

Główny problem polega na tym, że zbyt wiele szkół wyższych wypuszcza na rynek pracy osoby nieprzygotowane do radzenia sobie na konkurencyjnym rynku pracy, a jednocześnie w niewielkim stopniu te szkoły poczuwają się do rozwiązywania problemu bezrobocia. Dopóki są chętni na proponowane kierunki i z tego tytułu płyną pieniądze, to uczelnie nie mają żadnego impulsu, który zmuszałby je do zmiany procesu dydaktycznego i struktury proponowanych kierunków.

Państwo niewiele robi, aby uczelnie kształciły przygotowanego pracownika, który będzie w stanie podjąć walkę na konkurencyjnym rynku pracy. Absolwent musi więc radzić sobie sam. I jak radzą sobie młodzi Polacy opuszczający mury uczelni wyższej?  ...
  • rejestrują się w urzędach pracy i zaczynają "pracę zawodową" od zasiłku dla bezrobotnych,
  • próbują zakładać własny biznes,
  • wyjeżdżają na zachód ... cokolwiek by to miało znaczyć ... i już nigdy nie wracają (w większości),
  • garstka tych, którzy dysponują tzw znajomościami zatrudnia się na posadzie państwowej i pilnuje tej posady, jak niepodległości,
  • zatrudniają się na umowy śmieciowe za śmieciowe wynagrodzenie,
  • kto ma szczęście i jest przebojowy to zawsze znajdzie dobrą pracę, która jest odskocznią do awansu zawodowego. Tylko ile jest takich przebojowych?
... ale co tam, Fabryka produkuje całą parą, bo nadal jest popyt na jej produkt (magistra lub licencjata).

Nie było moim zamiarem wrzucania wszystkich uczelni do jednego wora i potępiania wszystkiego co proponują i robią wyższe uczelnie w Polsce. Jednak tak dużo ludzi z wyższym wykształceniem, które nie mogą znaleźć zatrudnienia to nie jest to tylko wina czynników obiektywnych, w tym kryzysu gospodarczego. Uczelnie powinny włączyć się w skuteczną walkę z bezrobociem ... bo ten problem może za chwilę ich dotyczyć.

poniedziałek, 7 maja 2012

Banki w Polsce mogą zostać wydrenowane ...

 Banki w Polsce mogą zostać wydrenowane ze środków finansowych, ponieważ ich właściciele będą pilnie potrzebować kapitału. Taka konstatacja wynika z analizy, która została opracowana dla Komisji Europejskiej. Wieloznaczne jest stwierdzenie Komisji Europejskiej, że wypływ kapitału może „spowodować szkodliwy wpływ na realne gospodarki krajów goszczących filie”.

Podjęcia takiego działania przez banki, które mają swoich właścicieli we Włoszech, Grecji czy Hiszpanii wydaje się prawdopodobne, ale czy jest to zagrożenie realne ?  Czy środki uzyskane z polskiego systemu bankowego mogłyby mieć znaczący wpływ na sytuację ekonomiczną państw z tzw grupy PIIGS. Według mojej opinii polski system bankowy nie dysponuje wystarczającymi środkami, aby taka gra komukolwiek się opłacała. Niemniej taka informacja powinna skłonić (a może już skłoniła) polski nadzór bankowy do pilnego monitorowania sytuacji i podejmowania decyzji, które w maksymalnym stopniu zabezpieczą sytuację finansową Polski i ich obywateli.

Obecna sytuacja powinna być raczej sygnałem do działania dla polskich inwestorów zainteresowanych systemem bankowym. Banki, których właściciele pochodzą z państw UE zagrożonych kryzysem mogą chętniej sprzedać polskie aktywa bankowe. I tutaj jest pole do działania dla polskiego kapitału, który powinien przejmować te aktywa. Obecnie w polskich rękach (głownie państwa) jest ca 1/3 aktywów bankowych w Polsce. Jest okazja, aby odwrócić ten trend.

Do sprywatyzowania w sektorze bankowym niewiele już pozostało, niemniej MSP jest konsekwentne w swoim działaniu. Oto cytat z Planu prywatyzacji na lata 2012-2013 (publikacja MSP z marca 2012):
 "... Sektor instytucji finansowych
W latach 2012-2013 planowana jest kontynuacja prywatyzacji 5 spółek z tej branży. Przewiduje się zbycie wszystkich należących do Skarbu Państwa akcji Banku Gospodarki Żywnościowej S.A. oraz Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych S.A. (uwzględniając przepisy ustawy o obrocie instrumentami finansowymi).
W odniesieniu do PZU SA i PKO BP S.A. Minister Skarbu Państwa podejmował będzie działania związane ze zbywaniem kolejnych pakietów akcji tych spółek do poziomu pozwalającego na zachowanie władztwa korporacyjnego. Jednakże podkreślił należy, że termin zbycia akcji Skarbu Państwa zależeć będzie między innymi od sytuacji rynkowej na GPW. Dla obu spółek przeprowadzona zostanie analiza wariantów zbycia optymalizująca te transakcje. Przekształcenia własnościowe mogą objąć również spółki tego sektora znajdujące się w nadzorze innych Ministrów.
Ze względu na proces prywatyzacji, jak i z uwagi na konieczność zapewnienia realizacji spójnej strategii rozwoju banków uniwersalnych z udziałem Skarbu Państwa, należy skupić nadzór właścicielski nad nimi w rękach Ministra Skarbu Państwa.  ...
."

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Czy Niemcy jako pierwsi opuszczą eurozonę ?

„Gdy o Niemczech myślę w nocny czas, sen mnie opuszcza aż po brzask".
Heinrich Heine


To pytanie może wydawać się nie na miejscu, a może jest wręcz absurdalne. Jednak taki scenariusz może się ziścić i to znienacka. Powodów jest co najmniej kilka.

Po pierwsze Niemcy z cała stanowczością odmawiają zgody na drukowanie euro lub jak kto woli drukowanie euroobligacji. W obecnej sytuacji to chyba jedyna decyzja leżąca całkowicie w gestii państw eurozony, która uspokoiłaby sytuację i dała impuls do wyjścia z kryzysu, który zafundowały banki pożyczające na prawo i lewo. Druk euro lub euroobligacji w głównej mierze obciąży gospodarkę niemiecką.

Po drugie zbliżają się w Niemczech wybory do Bundestagu. Kanclerz Niemiec Angela Merkel poinformowała,  że rząd planuje wprowadzenie ulg podatkowych 6 miliardów euro i że będzie to "podziękowaniem" dla obywateli za trudy znoszenia kryzysu zadłużenia w strefie euro. Czy w takim czasie ktokolwiek w Niemczech ma chęć na wprowadzanie kolejnych obciążeń ? Wybory 2012 to najlepszy czas na rozkwit demagogii. Czy na powrocie do marki można w Niemczech zbić polityczny kapitał ?

Po trzecie w Niemczech jest klimat do powrotu do DEM. 60 % Niemców uważa, że wprowadzenie euro nie było dobrym pomysłem. To wynik sondażu dla tygodnika "Focus". Według tego samego sondażu niemiecka marka, była bardziej stabilna, niż obecnie jest euro. Przekonanych o tym jest 75 % Niemców.

Po czwarte MSZ Radosław Sikorski kilka dni temu w Berlinie nawoływał Niemcy do wzięcia na siebie odpowiedzialności za euro i UE. Czy to tylko był apel o większą integrację ?

Jest takie polskie przysłowie "moja chata skraja". Czy znają je w Niemczech ?

niedziela, 4 grudnia 2011

W Polsce recesji nie będzie

W Polsce recesji nie będzie - stwierdził w trakcie wystąpienia na Giełdzie Papierów Wartościowych Marek Belka, prezes NBP (30.11.2011). I tego należy się trzymać. To ciągłe "błaganie" o kryzys, które zewsząd słyszymy jest po prostu nudne. Problem mają, ale niektóre instytucje finansowe, które w pogoni za zyskiem zagubiły całkowicie racjonalność w swoim postępowaniu. Banki, które doprowadziły do rozchwiania tzw rynków finansowych żądają teraz od rządów swoich państw, aby to społeczeństwa zapłaciła za ich błędy. Należy jednak przyjąć jako pewnik, że na czele tych banków nie stały dzieci. Właściciele banków doskonale wiedzieli komu pożyczają astronomiczne sumy i jakie mogą być tego skutki, gdy pożyczali komuś, kto nigdy nie będzie w stanie zwrócić pożyczki, nie mówiąc już o odsetkach.

Ponieważ banki są olbrzymie, a pożyczone sumy wręcz astronomiczne, więc i upadek tych banków pociągnie za sobą problemy nie tylko dla klientów banków, ale również dla całych społeczeństw i stąd pomysł na drukowanie euroobligacji. Na razie Polski to nie dotyczy, ale oberwać rykoszetem możemy solidnie.

Trzymamy się jednak całkiem dobrze. Popyt wewnętrzny rośnie, choć tempe tego wzrostu trochę zmalało i wszystko wskazuje na to, że i w 2012 roku popyt wewnętrzny będzie nadal napędzał polską gospodarkę. Co prawda kurs euro stale rośnie, co ma wpływ na inflację ... ale jest to z drugiej strony korzystne dla konkurencyjności polskiej gospodarki.

Poza tym to społeczeństwa bogatej Europy nie przyjmują tak naprawdę informacji o kryzysie. Koniec roku to okres boomu sprzedażowego, który jest taki sam jak rok, czy dwa lata temu.

Realna gospodarka a rynki finansowe to dwa różne światy ?

środa, 9 listopada 2011

Czy obecny kryzys jest realny czy wirtualny ?

Kryzys, kryzys ... zewsząd słychać to słowo. Jak jest kryzys to muszą być i bohaterowie tej opowieści oraz ... autor. W pierwszoplanowych rolach występują agencje ratingowe, które obecnie przejęły rolę głównych rozgrywających obecny kryzys. Nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za nic, ale mieszać potrafią, jak nikt.

Jeżeli mamy do czynienia z kryzysem to dotyczy to jednak rynków finansowych, którym pozwolono na niczym niekrępowany rozwój oparty na tzw. inżynierii finansowej (lub jak kto woli na spekulacji). To pogoń (chciwość) za coraz większym zyskiem doprowadziła do obecnego stanu rynki finansowe. Co prawda bilans zawsze musi wyjść na zero, ale w obecnych warunkach jakość nie może to się stać.

Z drugiej strony mamy realną gospodarkę opartą na produkcji i handlu, która rozwija się i jakość nie pasuje do obrazu wieszczonego kryzysu. Niestety realna gospodarka związana jest z rynkiem finansowym i to może być problem, tym bardziej, że wieszczów kryzysu jest coraz więcej i w każdym miesiącu ogłaszają, że już za chwilę wszystko rozleci się. 

Od ponad roku w oku cyklonu są państwa z tzw grupy PIIGS. Trwają spotkania, szczyty. Co chwila pada propozycja rozwiązania kryzysu (euroobligacje, fundusz norweski, Chiny, dodruk euro przez ECB) i nic nie wydarzyło się. Poziom życia przeciętnego Włocha lub Hiszpana wcale nie obniżył się. Rozpoczął się szał zakupów, a Barcelona i Real mają się wyśmienicie i planują kolejne surrealistyczne, jeżeli chodzi o cenę  zakupy przeciętnych kopaczy.


W Polsce natomiast od pewnego czasu mamy spekulacyjny atak rynków finansowych na polskiego złotego, który mężnie odpiera NBP ... i to jedyny objaw "kryzysu". Ciekawy to kryzys, gdy ten, który obwiniany jest za obecną sytuację i stoi nad przepaścią (?) hasa sobie w najlepsze i drwi z gospodarek takich, jak Polska.


Niestety rynek finansowy nigdy nie zrezygnuje ze swoich zasad i jeżeli nie postawi się temu instytucjonalnej tamy, to wcześniej, czy później doprowadzi miliony ciułaczy do czarnej rozpaczy. Tam zawsze orkiestra gra do końca. Lehman Brothers jeszcze kilka tygodni przed upadkiem miał jeden z najwyższych ratingów. Do ostatniej chwili powierzano mu fortuny.

Jeżeli kryzys będzie przebiegał tak, jak do tej pory, to nie będzie on w żaden istotny sposób wpływał na gospodarkę Polski. To realny scenariusz. W przypadku, gdy tak wielu mówi o tym kryzysie to scenariusz kryzysowy może się jednak zrealizować  ... ale inaczej. Z całą pewnością wszystkie jego skutki nie są do przewidzenia.

Jeżeli nastąpi bankructwo jednego z państw UE, to będzie to miało duży wpływ na pozostałe państwa UE oraz na cały świat. Największe szkody taka sytuacja poczyni w sferze postrzegania idei UE. Może dojść do poluzowania więzi instytucjonalnych, izolowania się poszczególnych państw, spadku znaczenia euro a następnie upadku tej waluty.

Taki scenariusz to byłaby katastrofa dla Polski ... ale też dla innych państw UE. I dlatego wydaje się po prostu nierealny. To tak, jakby państwa same chciały siebie unicestwić.

Więc po co ten zgiełk. Odpowiedź wydaje się prosta. Na tym można po prostu dobrze zarobić.

wtorek, 8 listopada 2011

Tylko Norwegia może sobie pozwolić na takie zabezpieczenie swoich obywateli

Współczesna Norwegia to jedno z najbogatszych państw świata. Ale nie zawsze tak było. Jeszcze nie tak dawno, bo na początku XX wieku Norwegia należała do najbiedniejszych państw starego kontynentu. Wielu Norwegów emigrowało za ocean, a ci co zostali w dużej części cierpiało niedostatek. Dodatkowo położenie i klimat nie rozpieszczały Norwegów. Norwegowie przyzwyczajeni byli do skromnego życia i ciężkiej pracy.

Ale w pewnym momencie wszystko się odmieniło za sprawą olbrzymich złóż ropy naftowej, które zostały odkryte w 1969 roku terenie morza Północnego. Z biednego państwa położonego na peryferiach Europy, Norwegia urosła w ciągu kilku lat w potęgę gospodarczą. W Norwegii powstał dylemat co zrobić z tym olbrzymim bogactwem ? Gdy byłem kilkanaście lat temu w Norwegii ten temat był nadal żywo dyskutowany. Większość Norwegów z którymi rozmawiałem przyznawała rację rządowi, który potrafił znaleźć mechanizm zagospodarowania pieniędzy z ropy naftowej. Norwegowie nie oszaleli na masową skalę z bogactwa, ale nadal żyją skromnie (w dobrym tego słowa znaczeniu) i są bardzo pracowici.

Cóż takiego wymyślono w Norwegii ? Utworzono fundusz inwestycyjny, który miał być zabezpieczeniem finansowym dla przyszłych pokoleń norwegów, gdy zasoby ropy ulegną wyczerpaniu. Fundusz inwestycyjny utworzono w 1990 roku. Fundusz inwestuje zyski z ropy w firmy i obligacje na całym świecie. Jest to unikatowe przedsięwzięcie o tak olbrzymiej skali, które posiada tylko jednego właściciela. Wartość norweskiego funduszu naftowego szacowana jest na ok. 388 mld euro


O norweskim funduszu zaczęło być głośno, gdy niektórzy politycy europejscy wskazali na ten fundusz, jako źródło finansowania dla zadłużonych państw strefy euro. 

Oczywiści najwięcej do powiedzenia w tej sprawie będą mieli sami właściciel funduszu czyli Norwegia. Premier Norwegii powiedział, że najważniejszą kwestią jest odpowiedź na pytanie, czy taka inwestycja byłaby opłacalna dla Norwegii. Debata w tej sprawie trwa obecnie w Norwegii. Głosy są podzielone. Część fachowców twierdzi, że istnieje zbyt wysokie ryzyko dla funduszu a ponadto Norwegia nie będąc w ogóle członkiem UE nie musi się do niczego poczywać w sprawie pomocy. Są również głosy popierające wejście funduszu do pakietu ratunkowego. Poparcie wynika z czystego pragmatyzmu. Jest oczywistym, ze kłopoty gospodarcze UE będą miały wpływ na gospodarkę samej Norwegii. 

Jak potoczą się dalsze losy norweskiego funduszu jako źródła pomocy dla UE pokaże najbliższy czas. Z informacji, które aktualnie są dostępne wynika, że nie są prowadzone żadne rozmowy w tej sprawie pomiędzy UE a Norwegią.




poniedziałek, 31 października 2011

Nowy plan "Marshall'a" dla strefy PIIGS

"Miałeś, Chamie, Złoty Róg / Miałeś, Chłopie, Czapkę z Piór ..."

Wesele - Stanisław Wyspiański



Stabilizacja strefy euro to droga do wyjścia z obecnego kryzysu. W tym celu Unia musi podjąć szereg działań doraźnych i reformatorskich. Jednym z pomysłów, który niewątpliwie powinien pomóc poprawie i stabilizacji sytuacji, szczególnie w państwach należących do PIIGS jest wprowadzenie planu w stylu dawnego planu Marshalla. Nowy plan "Marshalla" powinien przyspieszyć wzrost gospodarczy i konkurencyjność w krajach takich jak Grecja i Włochy. Plan może zostać sfinansowany przez Niemcy i państwa spoza strefy euro. Państwa takie, jak Chiny, Brazylia i Norwegia mogłyby uczestniczyć w nowym planie "Marshalla" za pośrednictwem Europejskigo Fundusz Stabilności Finansowej.

Na jakich warunkach Niemcy i Chiny mogłyby sfinansować nowy plan "Marshalla" ? To zasadnicze pytanie. Od odpowiedzi na to pytanie zależy, czy taka inicjatywa w ogóle może być zrealizowana. Państwa strefy euro wzajemnie są powiązane, a obecny kryzys uwypuklił najsłabsze ogniwa. Przetrwanie strefy euro zależy od wytrzymałości najsłabszego ogniwa. Gdy to ogniwo pęknie rozsypie się cała strefa wspólnej waluty. W ocenie tego ogniwa w oczach finansujących leży częściowa odpowiedź dotycząca realności nowego planu "Marshalla".

Obecnie, gdy zagrożone są tak potężne gospodarki, jak  Włochy i Hiszpania sytuacja jest na tyle poważna, że nie podjęcie wszystkich możliwych działań stworzy nową jakość na gospodarczej mapie świata. Upadek gospodarczy tak dużych państw odbije się rykoszetem na globalnej gospodarce i wywoła lawinę niekontrolowanych reakcji na rynkach walutowych i finansowych. Tak więc z dużym prawdopodobieństwem można prognozować, że Niemcy i Chiny nie mają wyjścia i muszą zaryzykować. Sytuacja taka niewątpliwie będzie miała daleko idące reperkusje dla państw, które przyjmą nowy plan "Marshalla".

Za ryzyko w warunkach niepewności będzie trzeba drogo zapłacić. Czym ? Odpowiedź wydaje się banalnie prosta ! Gospodarki państw strefy PIIGS uzależnią się od swoich "dobrodziei".

Niemcy i Chiny wykorzystają sytuację poprzez stworzenie gigantycznych programów inwestycyjnych, które pobudzą gospodarkę Grecji czy Włoch, ale jednocześnie pozwolą zarobić firmom z tych państw krocie.

Niemiecki rząd nie próżnuje i jak podał dziennik "Handelsblatt" opracowano już dokument "Ofensywa inwestycji i wzrostu dla Grecji".  Niemcy proponuję stworzenie bonusów inwestycyjnych dla niemieckich przedsiębiorstw, które zaangażują się w projekty gospodarcze w Grecji. Priorytet mają projekty z zakresu  odnawialnych źródeł energii, energetyki zawodowej, turystyki i telekomunikacji. Niemcy proponują też stworzenie w Grecji stref ekonomicznych o specjalnym statusie podatkowym i ograniczonych prawach pracowniczych. Wydaje się, że Grecja nie ma wyjścia i będzie musiała zapomnieć o dawnych "dobrych" czasach.

Ustabilizowanie systemu finansowego to imperatyw UE

Imperatywem Unii Europejskiej jest ustabilizowanie systemu finansowego. Wynika to wprost z ustaleń ostatniego szczytu szefów państw euro. Czy te ustalenia zostaną przełożone na określone i co najważniejsze skuteczne działania pokaże najbliższy czas.

Ustabilizowanie strefy euro musi być oparte na następujących filarach:
  • Europejski Fundusz Stabilności Finansowej

Gwarantem stabilizacji strefy euro jest Europejski Fundusz Stabilności Finansowej. Agencje ratingowe Moody's, Standard & Poor's i Fitch potwierdziły najwyższy rating EFSF na poziomie AAA, co jest wyrazem najwyższego zaufania do strategii państw strefy euro. Kilka dni temu szef funduszu Klaus Regling w trakcie wizyty w Pekinie zachęcał Chińczyków do zakupu obligacji funduszu w większym zakresie niż dotychczas ( ... a może lepiej byłoby napisać, że pojechał po prośbie ...). Ponieważ środki, które chce pozyskać fundusz będą przeznaczone na działania ratunkowe w ramach państw strefy euro koniecznym jest doprecyzowanie warunków funkcjonowania funduszu, a  zwłaszcza zasad tworzenia specjalnych wehikułów finansowych (SPV). Inaczej trudno będzie pozyskać wartościowych inwestorów.

Drugim potężnym źródłem finansowania EFSF może być norweski fundusz naftowy (właściwa nazwa to Rządowy Fundusz Emerytalno-Globalny). Do funduszu trafiają zyski z wydobycia norweskiego gazu i ropy. Fundusz dokonuje długoterminowych inwestycji w obligacje i firmy. W samej Norwegii zdania co do udziału w EFSF są podzielone. W każdym razie do chwili obecnej nie są prowadzone żadne rozmowy pomiędzy UE a Norwegią w sprawie udziału funduszu norweskiego w ratowaniu strefy euro.

Otwartym pytaniem pozostaje, czy EFSF zgromadzi wystarczające fundusze ? To zależy od skali problemu. Z ratowaniem Grecji i Portugalii fundusz zapewne poradzi sobie bez problemu. Jeżeli jednak będą potrzebne nieporównywalnie większe środki dla Włoch i Hiszpanii to problem wydaje się nie mieć pozytywnego rozwiązania. Na poparcie tej tezy można przytoczyć opinie wielu ekonomistów, którzy otwarcie głoszą, że Włochy już są bankrutem.

  • Reformy Strukturalne
Sukces EFSF będzie możliwy tylko pod warunkiem prowadzenia innych równoległych działań. Jak powiedziała kanclerz Merkel "samo darowanie długów nie rozwiąże problemów Grecji". Za oddłużeniem muszą iść reformy strukturalne. W przypadku takich państw jak Grecja koniecznym jest ustanowienie zewnętrznego i niezależnego nadzoru nad realizacją greckich reform. Grecka machina biurokratyczna pokazała, że jest w najwyższym stopniu nieskuteczna, a może nawet uprawnionym będzie określenie niekompetentna.

  • Zmiany w traktach UE
Dla nikogo nie ulega już żadnej wątpliwości, że traktaty na których oparta jest UE wymagają daleko idących zmian. Po pierwsze należy naprawić błędy popełnione przy konstruowaniu unii walutowej. Po drugie dyscyplina budżetowa każdego z państw strefy euro musi być poddana daleko idącym rygorom.


Bardzo rozsądną wydaje się propozycja, którą zgłosił znany ekonomista Krzysztof Rybiński. Najogólniej polega ona na możliwości przeprowadzenia dewaluacji euro w ramach jednego państwa. Odnosząc się do obecnej sytuacji wymiana taka polegałaby na tym, że Niemcy wymieniają jedno stare euro na jedno nowe euro, Grecy dwa stare na jedno nowe, a Włosi półtora na jedno itd. Pozwoliłoby to na wyjście z kryzysu Grecji i Włochom.


Jeżeli system strefy euro nie zostanie ustabilizowany, to euro jako waluta przestanie istnieć. To w dalszym ciągu dla wielu wydaje się science fiction, ale marazm w podejmowaniu działań przybliża nas do tego scenariusza.

sobota, 29 października 2011

Premier Berlusconi trafił w sedno kryzysu

Premier Włoch Silvio Berlusconi powiedział 29 października to, o czym większość polityków i komentatorów doskonale wie, ale traktuje to jako temat tabu. Tak. Premier Silvio Berlusconi ma rację mówiąc, że euro nikogo nie przekonało. Wspólna waluta wielu państw jako pierwszy tego rodzaju eksperyment na świecie nie mogła odnieść w długookresowym planie sukcesu, ponieważ nie jest wspierana przez instytucje, które stoją na straży każdej narodowej waluty. Każda narodowa waluta wspierana jest przez rząd oraz bank narodowy, który jest gwarantem waluty.


W przypadku euro nie mamy z tym do czynienia i dlatego euro stało się łatwym celem dla ataku spekulacyjnego. To nie Grecja winna jest obecnej sytuacji kryzysowej ale euro. Gdyby w Grecji walutą była drachma, to najprawdopodobniej nie doszłoby do kryzysu greckiego, a jeżeli taka sytuacja miałaby miejsce, to Bank Grecji miałby wystarczające narzędzia, aby podołać tym zagrożeniom, a co najważniejsze kryzys waluty narodowej w niewielkim stopniu oddziaływałby na waluty i gospodarki innych państw.

Zdaniem wielu analityków umorzenie części greckiego długu nie przyniesie spodziewanych efektów, a jedynie da czas na podjęcie kolejnych działań i odłoży w czasie bankructwo tego państwa ... chyba, że Unia podejmie reformę instytucjonalną. Jeżeli euro ma przetrwać, to musi powstać wspólny rząd państw strefy euro, który będzie miał wpływ na gospodarki poszczególnych państw. Musi to się wiązać z nieuchronnym oddaniem znacznej części suwerenności państw na rzecz państwa ponadnarodowego. Tylko, czy poszczególne rządy tego chcą ? Dzielić się władzą ! Uprawniona staje się więc teza, że strefa euro zostanie rozwiązana. Chodzi tylko o to, aby zrobić to w sposób spokojny i wyważony. Na poparcie tej tezy (dzisiaj wydaje się karkołomnej) można przytoczyć fakt, że Niemcy odmówiły finansowania z własnych środków EFSF, a Klaus Regling szef funduszu ratunkowego strefy euro pojechał w tym tygodniu do Chin na konsultacje, których celem jest namówienie rządu chińskiego do nabycia (w większym zakresie niż dotychczas) obligacji z Europejskiego Funduszu Stabilizacji Finansowej.


Tym bardziej dziwią ostatnie enuncjacje niektórych polskich polityków, którzy właśnie w tej chwili widzą konieczność sprężenia się, aby jak najszybciej dołączyć do ekskluzywnego klubu.

wtorek, 18 października 2011

Roubini twierdzi, że Karol Marks miał rację ... Das Kapital, Kritik der politischen Ökonomie

Znany ekonomista Nouriel Roubini, powiedział, że Karol Marks miał rację twierdząc, że w pewnym momencie kapitalizm może sam siebie zniszczyć. Głównym powodem takiej sytuacji są zaburzenia pomiędzy kapitałem a pracą. Firmy za wszelką cenę zmniejszają koszty, w tym wydatki na wynagrodzenia. Społeczeństwo nie dysponuje wystarczającą ilością pieniądza... więc i mniej pieniędzy przepływa (wraca) do firm. Koło się coraz bardziej zacieśnia i kryzys pogłębia się.

"Karl Marx had it right," powiedział Roubini w wywiadzie dla wsj.com "At some point capitalism can self-destroy itself." 
Marks twierdził, że kapitalizmem, który jest pełen wewnętrznych sprzeczności kierują cykle rozwój - kryzys - rozwój, z tym, że kolejne kryzysy są coraz poważniejsze. Wynikiem tego procesu jest wzrost bogactwa klas posiadających i postępująca nędza pozostałej części społeczeństwa. Obecnie mamy do czynienia z marszami "Oburzonych", których głównym przesłaniem jest wskazanie na pogłębiające się różnice pomiędzy niewielką grupą bogatych, a większością społeczeństwa, która żyje z dnia na dzień ...twierdzenie manifestantów, że 1 % populacji posiada 99 % bogactwa jest najbardziej wymowne.

Ekonomiści na całym świecie próbują przewidzieć następstwa obecnego kryzysu. Jesteśmy zalewani opiniami, prognozami ale niewiele z tego wynika. Wszystkie działania USA i UE nakierowane są na "ratowanie" banków, ponieważ ich upadek spowodowałby mega katastrofę finansową na całym świecie.

Czy Roubini ( ... Marks ...) ma (miał) rację ?

sobota, 15 października 2011

P(IIGS)ortugalia chce uniknąć losu PIIG(recji)S ... likwidacja długich weekendów ...

Państwa z grupy PIIGS robią co mogą, aby wyjść z pułapki, w którą same się zapędziły. Kilka dni temu premier Portugalii Pedro Passos Coelho przedstawił nowe założenia budżetowe na kolejny rok. Portugalia zamierza dokonać większych oszczędności w swoim budżecie niż pierwotnie zobowiązała się w umowie kredytowej, jaką zawarła z Unią Europejską i MFW.

Władze Portugalii zdają sobie sprawę z konieczności narzucenia  dyscypliny budżetowej i przyhamowania wydatków państwa. Propozycje oszczędności w Portugalii:
  • zmniejszeniu wydatków na służbę zdrowia i oświatę. 
  • zobowiązaniu pracowników w spółkach prywatnych do dłuższego o 30 minut dnia pracy.
  • likwidacja tzw długich weekendów poprzez likwidację dnia pomostowego (piątku), który umożliwiał wydłużanie weekendu do 4 dni.  W ramach tej oszczędności przypadające w 2012 roku w czwartek Boże Ciało oraz Wszystkich Świętych nie będą dniami wolnymi od pracy. Dzień wolny zostanie przesunięty na piątek.
  • ograniczenie ilości państwowych i religijnych świąt, których w Portugalii jest czternaście. Według informacji, jakie podał dziennik „Diario de Noticias” koszt dnia wolnego od pracy to około 35 mln euro.
  • lepiej zarabiający urzędnicy państwowi stracą prawo do dodatku bożonarodzeniowego i wakacyjnego. Dodatek ten to równowartość miesięcznego wynagrodzenia. Na marginesie można zauważyć, że w Polsce też mamy 13 pensją, która jest prawnie usankcjonowana w sferze budżetowej.
  • podniesieniu stawki VAT z 13 % do 23 % z pozostawieniem stawki 6 % na podstawowe produkty żywnościowe. Podatek VAT obniżono w Portugalii w usługach do 13 %. Obecna propozycja to zrównanie ze stawką podstawową. 
Premier zaapelował do Portugalczyków o solidarność w celu ratowania Portugalii przed kryzysem, ale nie wydaje się, aby to odniosło większy skutek.

W najbliższych dniach można spodziewać się reakcji społeczeństwa na zapowiedź wdrażania programu oszczędnościowego. Taką informację podał dziennik „Diario de Noticias”, powołując się na tajny raport służb specjalnych. Propozycja podniesienia VAT już napotkała na ostry protest restauratorów i w ramach protestu zamierzają zorganizować „Dzień bez restauracji”, aby pokazać władzom, jak będą wyglądały ulicy, gdy zaprzestanie działać większość lokali ... a w Portugalii wizyty w restauracji to rytuał.